Share Next Entry
Birthday, birthday...
storkfrommars
 Byłem podekscytowany. Nie, byłem cholernie podekscytowany. Był 2 września, następnego dnia były moje urodziny. I, co najważniejsze, Vicki miała przyjechać do LA. Nie widzieliśmy się dobre trzy tygodnie. Tęskniłem. I to bardzo. W sumie, zawsze tak było. Nie mogła być ze mną cały czas. Trasa powoli mnie wykańczała. Nie fizycznie, ale psychicznie. Nie łatwo jest rozstać się z ukochaną osobą na tak długi okres czasu. Ale przynajmniej większa jest radość, kiedy znów ją spotykasz. Najbardziej podczas koncertów brakowało mi kogoś tak bliskiego. To znaczy, Shannon i Jared byli dla mnie jak bracia, zawsze pocieszali, troszczyli się o mnie. Jednak Shan bardziej się mną opiekował niż Jay. Może dlatego, że był z nas najstarszy? A może byłem dla niego kimś więcej? Nie. Nie wiem czemu, czasem zdarzało mi się myśleć o nim w ten sposób.
 Potrząsnąłem głową, by odpędzić od siebie te myśli. Powróciłem do rzeczywistości. Siedziałem na białym skórzanym fotelu w salonie braci Leto. Zorientowałem się też, że całkowicie odpłynąłem w czasie czytania książki. Miałem ją otwartą na kolanach. Zamknąłem ją, by zobaczyć tytuł. "Romeo i Julia". Odlozylem książkę z cichym westchnieniem. Zadzwonił mi telefon. Podniosłem go ze stolika po prawej stronie fotela. 
- Halo?
- Hej, misiu- Vicki była przygnębiona. 
- Stało się coś? Czemu jesteś smutna? - spytałem. 
- Wybacz mi, nie mogę przyjechać. Strasznie cię przepraszam, mama zachorowała i muszę zostać. 
- Nic się nie stało. Mam nadzieję, że to nic poważnego? 
- Nie, tylko grypa. Muszę już kończyć, kocham cię. 
- Ja ciebie tez - zakończyłem rozmowę. 
 W tym momencie cała radość i ekscytacja mnie opuściły. Siedziałem chwilę, tępo gapiac się w podłogę. 
- Co jest?- Shannon nachylil się nade mną. Wystraszylem się nieco. 
- Vicki nie przyjedzie. - byłem smutny. Zawiedziony.  
- A co się stało? - usiadł przede mną na podłodze, nie odrywajac wzroku od moich oczu. 
- Jej mama zachorowała- miałem wrażenie, że powiedziałem to z pretensją w głosie. W sumie nic dziwnego, urodziny są tylko raz do roku. 
- Daj spokój, to nie jej wina. To nie może całkiem przekreślić jutrzejszego dnia. - położył dłoń na moim kolanie. 
- Może masz rację. - uśmiechnąłem się smutno. 
Nie powinienem jej o to obwiniać. Przecież nie musimy koniecznie spędzać razem moich urodzin. Dzień jak co dzień... Nie. Własnie wyjątkowy dzień. Byłem trochę na nią zły. Ale możemy się pózniej spotkać... W ogóle nie powinienem się tym martwić. Shanimal puścił mi oko, uśmiechnął się i wstał. 
- Nie pozwalam się smucić- rozczochrał moje długie włosy. Poszedł na górę, po czym wrócił z portfelem w ręku. 
 -Jdziesz na kawę? - spytał, zakładając kurtkę. 
- Jasne, czemu nie - podniosłem się z fotela i rownież założyłem kurtkę oraz buty. Wyszliśmy na dwór. Było chłodno, jak na wrzesień, więc od razu się zapiąłem. Skierowaliśmy się w stronę Starbucksa,  znajdzujacego się parę przecznic dalej. Po kilku minutach byliśmy na miejscu. Zamówilismy dwie duże kawy i zajęliśmy stolik przy ścianie, w głębi pomieszczenia. Shan tłumaczył mi coś, bym się nie przejmował tą sprawą z Vicki. Widać było, ze to on się bardziej tym przejął niż ja. Słuchałem go, ale nic do mnie nie docierało. Podświadomie obserwowałem każdy jego ruch, nawet najmniejszy szczegół. Słuchałem jego głosu, ale nie słów, które wypowiadał. Gdzieś, w głębi serca, wiedziałem, że to zdarza mi się nie pierwszy już raz. I że od dawna czułem do niego coś wiecej niż tylko braterską więź. Po prostu nie chciałem się do tego przyznać, też przed samym sobą. Nie jest to przecież normalne. Mieć narzeczoną, a zarazem interesować się przyjacielem - prawie bratem. 
 Zauważyłem, że sposób, w jaki mówił, uśmiechał się, czy na mnie patrzył, był zawsze inny, kiedy byliśmy sami, od tego, kiedy był z nami Jared. A może był taki sam, tylko ja postrzegalem go inaczej? Utonąłem w morzu myśli, mechanicznie popijając napój. Gdy go już wypilem, dotarło do mnie, że starszy siedzi naprzeciwko i czeka, aż się ocknę. 
- Słuchałes mnie w ogóle? - spytał, chichocząc. 
- Tak...Tak. - drugie potwierdzenie było bardziej stanowcze. 
Shannon w odpowiedzi posłał mi jedynie spojrzenie pt. "wiem, że i tak nie" i opuścił kawiarnię. 
 Dogoniłem go, truchtając. 
- Czemu nie zaczekales? - spytałem, trochę zdziwiony. 
- Żebyś się ogarnął. - uśmiechnął się z politowaniem i poklepał mnie po głowie. - Coś dzisiaj nie kontaktujesz...
Kiedy opuszczał rękę, zawadził nią o moją dłoń. Tak, jakby chciał iść ze mną za rękę. Jednak szybko ją zabrał. Możliwe, ze mi się to tylko wydawało. Może to był tylko przypadek? Wlepilem wzrok w chodnik, chcąc uniknąć jego spojrzenia. Słońce powoli zachodzilo w czasie naszego niespiesznego spaceru ulicą. Dokola słychać było szum samochodów, drzewa leniwie kołysały się przy lekkich podmuchach wiatru. Było tak ładnie... Znowu poczułem musniecie palców na dłoni. Jednak robił to specjalnie? Nieśmiało schowalem ręce do kieszeni. Weszliśmy bez słowa do domu. 
 Poszedłem na górę, do Jareda. Miał jeden ze swoich "szałów tworzenia", czy jak to tam zwał. Cały dzień, od rana, pisał nowe piosenki. Biegał przy tym po całym domu jak opętany. Towarzyszyły temu dźwięki pianina, gitary oraz perkusji. Było to trochę denerwujace, szczególnie, kiedy o 6:00 rano budzi cię gitara z wzmacniaczem na cały regulator. Uchylilem drzwi, by sprawdzić, czy aby napewno jestem bezpieczny. Chciałem uniknąć oberwania zeszytem, czy czymkolwiek innym. Jay siedział spokojnie przy biurku, zawzięcie pisząc na kartce. Wszedłem do pokoju, żeby zobaczyć, co robi. 
- Wyjdź. - zatrzymał mnie stanowczo, bez podnoszenia głowy. 
Wycofalem się prędko. Podczas takich dni nie było z nim żartów. Zamknąłem za sobą drzwi i wyszedłem na korytarz. Łazienka była zajęta, Shan brał prysznic. Poszedłem do jego pokoju po swoje rzeczy do spania. Na czas pobytu w ich domu mieszkałem z Shannonem głownie przez to, że nie wytrzymalbym psychicznie z Jaredem. A pokój gościnny był zawalony przez rożne śmieci i inne przedmioty, o których pochodzeniu nie miałem pojęcia. Piętnaście minut pózniej starszy wyszedł z łazienki. Na biodrach miał przewiazany niebieski ręcznik. Minął mnie, zostawiając otwarte drzwi. Odprowadzilem go wzrokiem, póki nie zniknął mi z pola widzenia. 
 mylem się szybko i ubralem w fioletowa koszulkę i czarne bokserki. Uczesalem poplątane włosy i je wytarłem. Nie mogłem znaleźć suszarki, więc stwierdziłem, że same wyschną. 
 W pokoju zastałem Shanimala ubranego w długie granatowe spodnie od piżamy. Majstrował coś przy pakunku o dosyć pokaźnych rozmiarach. Spojrzałem na zegarek. 3 września, godzina 00:25. No to były już moje urodziny. Bez Vicki. Przyjrzalem się dokładnie tej paczce. Shan starał się zawiązać na niej kokardkę, ale mu coś nie wyszło. Po następnych dwóch próbach poddał się. Odwrócił się w moją stronę. Cały czas stałem w progu, patrząc na niego. 
- Wszystkiego najlepszego! - powiedział z uśmiechem. 
Rzuciłem to, co trzymałem w ręku na podłogę i podszedłem do prezentu. Zerwałem kolorowy, ozdobny papier. Moim oczom ukazał się twardy, czarny futerał na gitarę. Bez wachania go otworzyłem. W środku była ciemnozielona gitara elektryczna. Na pierwszy rzut oka było widać, ze jest dobra, a co za tym idzie, kosztowala niemało. 
- Debilu, nie trzeba było! - zaśmiałem się. 
- Oj, cicho. To twoje urodziny.
Wstałem i podniosłem zielone cudo. Była piękna.
- Idiota.
- Uciszysz się wreszcie? - starszy wyjął mi gitarę z ręki i zbliżył się do mnie. 
- Naprawdę, nie musiałeś. - droczyłem się. 
- Musiałem. - popchnął mnie do tyłu. Upadłem na łóżko. Shan klęczał teraz nade mną. 
 Przez chwilę nie wiedziałem, co się stało. Uśmiechnąłem się, kiedy uświadomiłem sobie, co się wydarzyło. 
- Już? Cisza?- spytał z zalotnym usmieszkiem. 
- Shannon, mówię ci, nie trzeba było. - uciszyl mnie pacalunkiem. Zdziwilem się, lecz odwzajemnilem. Zupełnie nie spodziewałem się tego ani z mojej, ani z jego strony. Bądź, co bądź, było to przyjemne. 
- A teraz? - przerwał. 
Oblizalem usta. Chciałem wiecej. Shannon działał na mnie jak narkotyk. 
- Nie. - dałem mu do zrozumienia, ze jeden pocałunek mi nie wystarczy. 
Ponowił więc tę czynność. Nie mam pojęcia, ile to trwało, ale wiem, że był to jeden z najcudowniejszych momentów mojego życia. Kiedy skończył, lezalem na plecach, patrząc się w jego orzechowe oczy. Przestało do mnie cokolwiek docierać. 
 Obudziłem się dopiero, gdy Leto poklepał mnie dłonią po policzku. 
- Shan, kocham cię. - wyszeptałem. 
- No nieładnie, ci teraz z Vicki będzie?- zaśmiał się.
- Vicki... Vicki... To już nieważne. - nie chciałem teraz o tym myśleć. - Kocham cię. 
- Tak, ja ciebie tez. - znów ten uśmiech z politowaniem. 
Chciał ze mnie zejść, zatrzymalem go. 
- Lepiej idź już spać. - mimo moich starań, usiadł obok mnie. Rownież podniosłem się do pozycji siedzącej. 
- Dlaczego nie traktujesz mnie poważnie?- teraz zapewne widać było te 9 lat różnicy miedzy nami. Zachowywałem się jak małe, naburmuszone dziecko. 
- Naprawdę, lepiej się połóż, jesteś zmęczony. - zmierzwił mi mokre włosy i ucalowal w czoło. Potem wstał, podszedł do wlacznika światła. Zaczekal, aż się położę. 
- Skoro nie chcesz mnie słuchać, to nie. - nakryłem się koldra z oburzoną mina. 
Chwile potem światło zgaslo. Poczułem jak Shannon obejmuje mnie w pasie. 
- Ja ciebie tez kocham- wyszeptal mi do ucha, zanim zasnąłem. 

?

Log in

No account? Create an account